Subiektywnym okiem o minimalizmie


Pamiętam szafę pełną ubrań i codzienny problem pt. „Co na siebie włożę? Przecież nic nie mam”. Pamiętam kilka masek do włosów, różne szampony i wcierki, które zalegały na łazienkowej półce w trakcie mojego szału na włosomaniactwo. Pamiętam sterty papierów w szafce i niezliczoną ilość pierdółek w szufladzie biurka. Nie mogę powiedzieć, że tonęłam w rzeczach, bo wcale tak nie było. Wbrew pozorom nie miałam ich wiele. Można stwierdzić, że nie tonęłam w nich fizycznie, lecz przytłaczały mnie one psychicznie.

Początek zmian miał swoje miejsce na drugim roku studiów. Nawet nie wiem, skąd w moim życiu wzięła się idea minimalizmu. Zapewne podłapałam ją na którymś z blogów, a później poszło z górki. Czytałam wpis za wpisem na różnych stronach. Obejrzałam wiele filmików na Youtube o tym, jak mieć mniej i upraszczać swoją przestrzeń. Zainteresowałam się capsule wardrobe i też zachciałam mieć w szafie mało, a porządnie. Więc zaczęła się życiowa rewolucja.

Na pierwszy ogień poszła właśnie szafa z ubraniami. Tak dużych porządków chyba nigdy nie przeprowadziłam. W końcu pozbyłam się porozciąganych i zmechaconych koszulek (niektóre były jeszcze z czasów gimnazjum). Przestałam dokupywać nowe kosmetyki, wzięłam się za zużywanie tego, co miałam. Uczyłam się nie chodzić po sklepach dla sportu. Zaczęłam zwracać większą uwagę na składy i jedzenia, i ubrań. Stałam się bardziej uważna.

Idea minimalizmu miała pozytywny wpływ na moje życie i wywarła we mnie wiele trwałych zmian. Patrząc z perspektywy czasu, co jej zawdzięczam?

1.      Nie mam potrzeby chodzenia po sklepach tylko po to, by kupić cokolwiek

Dawniej miałam tendencję do szwendania się po centrach handlowych bez celu. Tylko po to, żeby pooglądać i ewentualnie coś kupić. Jeśli nie znalazłam niczego wartego uwagi, czułam poirytowanie – bo jak to? Tyle chodzenia i nic nie znalazłam? Jeśli już coś kupiłam, na ogół była to rzecz, którą założyłam później raz czy dwa. Następnie lądowała głęboko w szafie, a ja chodziłam w sprawdzonych ulubionych zestawach.

Z kosmetykami także miałam niezbyt zdrową relację. Wystarczył większy stres, dobrze wykonane zadanie albo jakakolwiek inna wymówka, by obudziła się we mnie strategia nagradzania samej siebie jakąś głupotką. A to ładnie pachnący balsam na uspokojenie nerwów, a to jakaś dawno upatrzona maska do włosów i na dokładkę tusz do rzęs, bo a nuż zacznę się malować (nie, nie zaczęłam nigdy). Kosmetyki mi się kumulowały i koniec końców zaczęły mnie denerwować swoją pstrokatością i ilością.

W tym roku na zakupach ubraniowych byłam tylko cztery razy i za każdym razem były to przemyślane, uzupełniające szafę wybory. Co do kosmetyków – maksymalnie uprościłam swoją pielęgnację, postawiłam na polskie naturalne marki i kupuję tylko wtedy, gdy któreś z moich mazideł się kończy.

2.      Potrafię zainwestować w dobrą jakość

I jest to jakość na miarę mojej kieszeni. Nie kupuję rzeczy za miliony monet, bo wiem, że żyłabym w wiecznym stresie używając ich. Pułap cenowy dostosowałam więc do swoich realiów. Owszem, czasem muszę poczekać, odłożyć trochę pieniędzy, ale za to satysfakcja z dobrego zakupu wynagradza czas oczekiwań. Przede wszystkim widzę, że to naprawdę się opłaca. Moje tenisówki Converse mają już sześć lat i nadal wyglądają praktycznie jak nowe, mimo że w okresie wiosna-lato-jesień noszę je niemal codziennie. Szwy w t-shirtach w końcu nie skręcają się po pierwszym praniu. W szafie mam tylko te ubrania, które naprawdę lubię i noszę je z przyjemnością. Już nie mówię, że nie mam się w co ubrać.

Na łazienkowej półce wolę mieć jeden porządny balsam niż dwa średnio nawilżające. Bardziej opłaca mi się kupić olejek do twarzy niż kolejny krem, którego i tak nie zdążę zużyć przed końcem daty ważności. I nawet nie muszę na ów olejek wydawać wielkich pieniędzy! Dzisiaj niektóre ekologiczne marki, jak np. Sylveco kosztują niewiele więcej niż drogeryjne kosmetyki. Kiedyś były trudniej dostępne, ale teraz natykam się na naturalne mazidła w praktycznie każdym sklepie. Moim największym zaskoczeniem była świetnie zaopatrzona drogeria na targu niedaleko mojego miejsca zamieszkania – aż nie chce się stamtąd wychodzić, gdy przychodzi czas na uzupełnienie zapasów.

3.      Dbam o jakość nie tylko ubrań lub kosmetyków, ale i jedzenia

Od zeszłego roku uczymy się kupować warzywa i owoce na lokalnym targu. Ceny są niewiele wyższe niż w wielkich sklepach typu Auchan (czasem są nawet niższe), a jakość jest dużo lepsza. Poza tym przyjemniej wspiera się małe sklepiki niż olbrzymie spółki. Na dodatek na takim lokalnym targu można odnaleźć prawdziwe perełki. U mnie jedną z nich jest wspomniana wcześniej drogeria, a drugą wspaniała herbaciarnia, którą poleciła mi współlokatorka. Jakoś nigdy nie zwracałam uwagi na ten sklep, ale ostatnio zaopatrzyłam się tam w pyszną białą herbatę. Ten zapach, ten smak! Na pewno wrócę tam po więcej.

4.      Wiem, że rzeczy są do używania, a nie do odkładania ich na lepsze czasy

Masz w szafie jakąś sukienkę, która czeka na imprezę rodzinną albo urodziny koleżanki? Trzymasz gdzieś obłędnie pachnące perfumy, czekające na ten jeden jedyny dzień, który kiedyś ma nadejść? A może dostałaś w prezencie pięknie wydaną książkę kucharską, której jeszcze nigdy nie użyłaś, bo przecież może się wybrudzić w kuchni? A teraz pomyśl, że świat się kończy. I już nie będzie okazji na włożenie tej idealnej sukienki, spryskanie się chomikowanymi w szafie perfumami czy wykorzystanie książki kucharskiej. Rzeczy są po to, żeby Ci służyć. Nie po to, byś się trzęsła nad nimi jak nad jajkiem. Też miałam tendencję do przechowywania rzeczy na lepsze jutro. W tym problem, że to lepsze jutro nigdy nie przychodziło. Dlatego przestałam się bać i w końcu zaczęłam korzystać z tego, co mam. I życie stało się łatwiejsze.

5.      Mam mniej

W szafie i w łazience. Bo na półkach nadal stoi sporo książek, czasem lubimy sobie kupić nową planszówkę albo zainwestować w rośliny doniczkowe. I teraz pojawia się pytanie…



czy jestem prawdziwą minimalistką? Wyznam Ci teraz szczerze, że z tym minimalizmem wcale nie miałam tak różowo, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Po pierwsze, zastanawiałam się, czy jestem wystarczającą minimalistką. Przecież gdybym była, na pewno miałabym jeszcze mniej rzeczy. Istnieją wszak ludzie, którzy bez najmniejszego wysiłku potrafią się zapakować z całym swoim dobytkiem do jednej małej walizki. Żyją w białych, niemalże pustych mieszkaniach. Na ich ścianach wisi niewiele, ale jak już wisi, to na pewno jest to jakiś dobry cytat. Na półkach stoją rośliny w czarnych donicach. Kosmetyki są pochowane. Tak samo wszystkie sprzęty kuchenne. Prawdziwi minimaliści noszą tylko trzy kolory – czarny, szary, biały. Ćwiczą jogę lub pilates. Bez najmniejszego problemu wstają o piątej trzydzieści. A ja? A ja lubię mieć półki zapełnione książkami (minimaliście raczej nie wypada). Nie przeszkadza mi blender postawiony na kuchennym parapecie. Każdą roślinę mam w innej doniczce. A w czarnym wyglądam niezdrowo i zawsze ludzie pytają, czy czasem nie jestem chora.

Po drugie, trochę mnie „skrzywiło”. Czułam paniczny lęk przed wydawaniem pieniędzy na samą siebie. Potrafiłam iść z daną rzeczą do kasy, po czym zawrócić i odstawić ją na miejsce, bo przecież szkoda pieniędzy i przestrzeń się zagraci. Bałam się też wydawać więcej na rzeczy lepszej jakości, bo przecież na nie zasługuję. Najchętniej nie kupowałabym nic (mimo że naprawdę musiałam). Nie chciałam wrócić do starej wersji siebie, więc karciłam się za praktycznie każde chciejstwo. Ale już się z tego powoli leczę. To ja rządzę moim portfelem i posiadanymi rzeczami, a nie one mną. Nie dajmy się zwariować.

Teraz już wiem, że nie istnieje jedna słuszna minimalistyczna droga. Pewnie, zawsze się znajdzie jakiś nadgorliwy, który wytknie Ci, że nie jesteś prawdziwą minimalistką, bo (tutaj masa argumentów). Ale co to znaczy „prawdziwą”? Dlaczego jedna ścieżka jest lepsza, a druga gorsza? Komu to oceniać? Myślę, że trzeba po prostu iść swoją drogą i się nie przejmować. Szukać mądrych inspiracji. I przede wszystkim nie dać się zaszufladkować. Kiedyś bardzo lubiłam etykietki, ale mój Luby skutecznie wybił mi je z głowy. Dlatego teraz Ci wyznam, że ja wcale nie jestem minimalistką. Ja tylko upraszczam swoje życie w odpowiedni dla mnie sposób. Bez spinania się, bez ograniczania się na siłę. Już mniej więcej czuję, w którym kierunku chcę iść, by było mi dobrze.


A Ty co myślisz o minimalizmie? Podziel się swoją opinią w komentarzu. Jestem szalenie ciekawa, co masz do powiedzenia :) 

3 komentarze:

  1. I to jest fajna, zdrowa droga, bez nadęcia i szufladkowania :).

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja nadal często chowam rzeczy na lepsze czasy i za każdym razem, gdy się na tym przyłapuję, krzyczę sama na siebie za taką głupotę. Sama staram się być minimalistką, ale mam takie obszary (jak książki i kosmetyki) w których nie potrafię się tego nauczyć. Choć z książkami idzie mi lepiej, ostatnio zrobiłam przegląd biblioteczki i mam zamiar sprzedać wszystkie książki, których nie mam zamiaru nigdy więcej przeczytać - trochę się tego nazbierało...

    blondynkaczuje.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Metoda małych kroków i nie zmuszanie się do niczego to najlepsza droga. I warto podchodzić do siebie z większą dozą łagodności. Bez krzyków i nerwów :) Fajny pomysł z wyprzedaniem biblioteczki. Sama muszę się za to zabrać, bo mam sporo książek, do których już na pewno nie zajrzę. A teraz tylko stoją na półce i się kurzą.

      Usuń

INSTAGRAM FEED

@mowmi_dobrze