Wołkowyja - nasz mały azyl

Dzisiaj chcę Ci opowiedzieć o naszej (mojego Lubego i mojej) bieszczadzkiej przygodzie. Jeśli obserwujesz mnie na Instagramie (a jeśli tego nie robisz, obserwuj śmiało!), wiesz pewnie, że do dziś wrzucam tam zdjęcia z tego wyjazdu. Było pięknie, spokojnie i inspirująco. Mówi Ci to osoba, która do tej pory do gór wzdychała tylko na zdjęciach i dostawała zadyszki wchodząc po schodach.

Decyzję o wyjeździe w Bieszczady podjęliśmy dosyć spontanicznie. Na początku marzył nam się wyjazd za granicę, ale w końcu doszliśmy do wniosku, że zwiedzanie Polski może być fajnym i przede wszystkim tańszym doświadczeniem. Szukaliśmy i szukaliśmy, aż w końcu padło na okolice Zalewu Solińskiego. Przypadkowo znalazłam noclegi na Brzozowym Wzgórzu we wsi Wołkowyja i muszę przyznać, że to jeden z najpiękniejszych przypadków w moim życiu :) Cisza, spokój. I ten widok:


oba zdjęcia przedstawiają widok z balkonu w naszym pokoju - byliśmy zachwyceni

Trzeba przyznać, że Brzozowe Wzgórze ma świetną lokalizację - mieści się na wzniesieniu, na samym jego końcu i ma najlepszy widok w okolicy. Dodatkowe atuty? Przesympatyczna właścicielka i jej urocza mała córeczka :) W domu znajduje się tylko pięć pokoi dla gości (każdy wyposażony we własną łazienkę), więc jest kameralnie i cicho. Plusem jest też ogólnodostępna kuchnia. Dzięki temu mogliśmy się stołować na miejscu i nie wydawać fortuny w zajazdach. Co nas bardzo mocno zaskoczyło, to specyficzny zapach i smak tamtejszej wody. Wystarczyło zapytać Wujka Google, o co chodzi - Solina i okolice mają wodę bogatą w siarkę, to właśnie tam produkowana jest woda Zuber. Wzięliśmy ze sobą butelki z filtrem, więc ten posmak ciągle nam towarzyszył. Przedostatniego dnia skapitulowaliśmy i kupiliśmy normalną wodę butelkowaną.

Zaraz obok domu zaczyna się szlak górski, na który wybraliśmy się następnego dnia po naszym przyjeździe. Z Brzozowego Wzgórza jest także blisko nad Zalew Soliński, a dokładniej na Zieloną Plażę, jedynie piętnaście minut spacerem.


My wybraliśmy się do Wołkowyi przez Czaków. Szliśmy o wiele dłużej, zajęło nam to około czterech godzin. Ale nie dziwiliśmy się - często robiliśmy przystanki na fotografowanie. Na początku tej podróży (i przez resztę dni, gdy tylko wybieraliśmy się na spacer w tamtą stronę) towarzyszył nam ten uroczy futrzak:


Brakowało mu miłości, bo ciągle dopraszał się o mizianie. Był też z niego niezły drapieżnik, w czasie zabawy cały czas pokazywał pazurki i ząbki. I wydawał z siebie dźwięki jak mała małpka - gdy słyszeliśmy charakterystyczny zaśpiew, wiedzieliśmy, kto się do nas zbliża.



Gdy tak sobie wędrowaliśmy, co chwilę natykaliśmy się na grzyby. Od maślaków po muchomory.



W pewnym momencie las się skończył i znaleźliśmy się na pięknej polanie.


kliknij w zdjęcie, by mieć lepszy obraz

Minęliśmy polanę i później szło się już z górki. Po drodze trafiliśmy jeszcze na wielkie, piękne drzewo, przy którym koniecznie musiałam mieć zrobione kilka zdjęć :)


Pierwszy dzień po przyjeździe upłynął nam więc na zwiedzaniu okolicy. Upewnił nas też w tym, że na pewno tam jeszcze powrócimy i że chyba znaleźliśmy swój mały azyl. Co działo się dalej? O tym dowiecie się następnym razem :)

A czy Wy lubicie chodzić po górach? Byliście kiedyś w Bieszczadach? Czekam na Wasze komentarze :)

4 komentarze:

  1. Kocham gory!! teraz powoli zaszczepiam tę miłość w moich dzieicach i serce rośnie,jak widzę, że i im podobają sie gorskie wycieczki :)
    pozdrawiam! https://subiektywnieoliteraturze.blogspot.com/2016/09/ksiazka-o-paryzu-park-luxemburski.html

    OdpowiedzUsuń
  2. Pewnie, że byłam! I jesienią wybieram się być może ponownie, bo takich kolorów, ciszy i cudownych widoków nie ma NIGDZIE!

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam Bieszczady, zakochałam się w nich jako małe dziecko, tyle razy tam jeździliśmy z rodzicami, do dziś pamiętam ich zapach i te gigantyczne jagody. :)

    OdpowiedzUsuń

INSTAGRAM FEED

@mowmi_dobrze