Jak dbać o swoje ciało z miłością?

Jestem Ja, a gdzieś na drugim planie jest Ciało. Nie łączy nas przyjaźń. Nie dzieli nas też nienawiść. Stwierdzić można, że to love-hate relationship. Love, kiedy budzę się z idealnie płaskim brzuchem, zaś hate, gdy po zjedzeniu czekolady wyskakują mi pryszcze. Częściej jednak hate niż love. Bo jak tutaj kochać coś, co ciągle płata mi figle? Każdy poranek jest niczym koło fortuny – nigdy nie wiem, co się trafi. Podpuchnięte oczy (wcale nie przez to, że poszłam spać grubo po kurach, a wstawać musiałam z nimi). Włosy nieskore do ułożenia (czarownice tak mają). Wzdęty brzuch (nie, to przecież nie jest wina syfiastego jedzenia). Hm… Chyba tyłek mi urósł. Celullit wodny, yay, super!

Nikt nie zaprzeczy, że to wina Ciała. Moje działania nie mają tu nic do rzeczy, prawda? Brzuch wzdęty, bo jelita nie wyrabiają? Serce mi wali i trzęsą mi się ręce, bo za bardzo się stresuję? Kręgosłup się krzywi, bo źle siedzę? Daj spokój, przecież jak czegoś nie widzę, to tego nie ma. Wniosek jest prosty – dbać muszę tylko o to, co na zewnątrz, a nie o jakieś tam organy wewnętrzne. Dlatego też twarz mą przesuszam pełnym alkoholu żelem do twarzy. Krem na dzień, by buzia wyglądała promiennie. Krem na noc, by naprawić to, co zepsuł żel. Może dzisiaj się maznę fluidem? W skórę wklepuję warstwę balsamu, anty-cellulitowego oczywiście. Śniadań nie jadam, na samą myśl mnie mdli. Nawadnianie? Kto by tam pił!

I Ciało coś boli. Ale dlaczego boli i mnie? Przecież nie jesteśmy jednością, ono jest czymś obok, niezbyt ważnym dodatkiem. Muszę się zająć powłoką. I znów maskuję, udaję, że panuję nad sytuacją. Tylko energii mam coraz mniej i coraz bardziej się denerwuję. Bo to Ciało działa i na mnie…

I nagle ktoś naciska pstryczek w mojej głowie. Pojawiają się mądrzy ludzie, wartościowe treści, świadome wybory. Właśnie, słowo-klucz: samoświadomość. Więc patrzę na Ciało w lustrze i już wiem, że tylko Ja jestem w stanie mu pomóc. Że nie jestem Ja i Ono. Że jesteśmy My Razem. I że jelit czy napiętych od stresu mięśni nie naprawię balsamem.

Uczymy się, jak odczytywać nadane ze środka sygnały. Uczymy się komunikacji. Dociera do mnie, że ta skomplikowana wewnętrzna maszyneria podtrzymuje mnie przy życiu i że tylko dzięki niej mogę się smarować mymi kremami. Nareszcie dbam o Ciało i staram się z nim zaprzyjaźnić. Powiedzieć Ci, jak?

Nawadniam je. Zaraz po przebudzeniu wypijam minimum jedną szklankę wody, rozbudzam się całkowicie i idę sobie przygotować kubek ciepłej wody z cytryną (czasem dodaję imbiru i miodu). W ciągu dnia pochłaniam około dwóch litrów płynów – wchodzą w to zupy, herbaty, soki warzywne itd. Jeśli to zaniedbam, Ciało od razu daje mi o tym znać. Cera nie jest rozświetlona, pierzchną mi usta, nawalają jelita. Dlatego zawsze staram się mieć pod ręką butelkę wody.

Dobrze je karmię. Warzywa, kasze, strączki, zielone koktajle, zdrowe zamienniki słodyczy. Kiedy tylko trzymam się „czystego” jedzenia, moje samopoczucie jest na najwyższych obrotach. Mam pełno energii, łatwiej się mobilizuję do działania, nie jestem ospała. Cud miód malina. Jednakże przyznaję się bez bicia, że zdarzają mi się małe skoki w bok w postaci czipsów albo za dużej ilości nabiału. To jeszcze nie ma dużych skutków ubocznych. Ale jak już wpadnę w otchłań nicości (gorsza dieta utrzymywana przez trzy dni na przykład), uwierz mi, nie jest zbyt fajnie.

Wprawiam je w ruch. Zaczynałam od Mel B, bo chciałam mieć super pośladki i wspaniale wyrzeźbiony brzuch. Po jakimś czasie znudziło mi się machanie nóżką i odkryłam jogę. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Później była nienawiść i dramat, bo ciało nierozciągnięte, pospinane i słabe, a ja już chcę szaleć jak joginki z wieloletnią praktyką. Ale zmądrzałam i już wiem, że na efekty pracy trzeba poczekać dłużej niż tydzień. Już niedługo czeka mnie zumba – kto wie, może się w niej zakocham : )

Dbam o sen. Nie zawsze mi się to udaje, nikt nie jest idealny. Wiem jednak, że najlepiej się czuję wtedy, gdy odłączam się od komputera/telefonu najpóźniej o 21:00. W łazience zmywam z siebie dzień. Piję herbatę Clipper ułatwiającą sen lub melisę z pomarańczą z Biedronki. Trochę czytam. Razem z moim chłopakiem medytujemy. Kładę się do łóżka koło 23:00 i wstaję z łóżka wtedy, kiedy sama z siebie się wybudzę, najczęściej w okolicy 7:00. Nigdy nie byłam sową, która lubi chodzić spać bardzo późno.

Wsłuchuję się w nie. Może wyda Ci się to dziwne, ale kiedy tylko otworzyłam się na moje Ciało, zaczęłam wyczuwać, czego tak naprawdę chce. Jakiego ruchu potrzebuje (na ogół jest to joga, ale ostatnio coraz częściej taniec lub Mel B – powrót po latach), co by chciało na śniadanie (może kanapka, a może płatki jaglane na mleku ryżowym o smaku wanilii i bananem; może zielony koktajl, a może po prostu przekąska w postaci jabłka z cynamonem), kiedy chce iść spać (czasem zdarza mi się padać już o 21:00). Im częściej staram się być otwarta na potrzeby Ciała, tym łatwiej wyłapuję, o co mu chodzi. Owszem, czasem olewam jego potrzeby, bo mam lenia, bo dół i niechęć do świata, bo jakaś inna wymówka. Ale przez większość czasu żyjemy w zgodzie.

Akceptuję je. Akceptuję moje rozstępy na tyłku. Mały biust. Trochę większy tyłek i to, że jak tyję, to wszystko idzie właśnie w niego i w biodra. Akceptuję celullit wodny. Osłabione paznokcie. Zęby, które nie są idealnie proste. Buntujące się czasem mięśnie. I równie zbuntowane jelita. Jestem idealna w swojej nieidealności.

Ciało to jest mój Dom. Dlatego kocham je, akceptuję, pielęgnuję od środka i od zewnątrz. Dla dobra Ciała dbam o dobro Umysłu. Stąd medytacja, praktyka wdzięczności, techniki relaksacji i praca nad samą sobą. Ale to temat na osobny wpis, więc o tym jeszcze Ci opowiem : )

Na sam koniec chcę Cię zainspirować. Ten cytat znalazłam dawno temu na Tumblerze i od tamtej pory jest moją mantrą. Wisi dumnie na moim moodboardzie.



A Ty jaką masz relację z Ciałem i jak o nie dbasz? Podziel się ze mną swoimi doświadczeniami w komentarzu :)

16 komentarzy:

  1. Jak na razie mam spory problem z akceptacją własnego ciała. Cały czas źle się w nim czuję, bo coś jest nie tak, jakbym chciała. Powoli jednak staram się wprowadzić w ciągu dnia małe zmiany, dzięki którym i moje ciało się zmienia - a co za tym, ja coraz bardziej je lubię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki za Ciebie! Samoakceptacja jest bardzo ważna, dostrzegam to codziennie. Mam nadzieję, że szybko uda Ci się uporać z własnymi "demonami" i pokochasz swoje ciało w pełni :)

      Usuń
  2. Proste rzeczy przynoszą zwykle najlepsze efekty (przynajmniej jeśli praktykuje się je regularnie). Dlatego muszę znowu spróbować pić regularnie wodę z cytryną, ale u mnie wstawanie i ogólnie "poranki" to ciężki temat. Zazdroszczę, że nie lubisz siedzieć po nocach, dla mnie t najbardziej twórcza część doby i ciężko mi to pogodzić z pragnieniem zmiany trybu życia :P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tutaj się zgodzę - faktycznie małe rzeczy lubią dawać największe efekty. Ja niestety muszę popracować jeszcze nad regularnością, bo nie przy wszystkim mi to wychodzi :D

      Usuń
  3. Bardzo mądry (i ważny!) wpis. Trochę mi zajęło, aby dotarło do mnie, jak wielką krzywdę wyrządzałam swojemu ciału. Opamiętanie przyszło po problemach zdrowotnych,ale i pewnie też z wiekiem. Teraz staram się słuchać ciała, jego podpowiedzi i dobrze na tym wychodzę (np organizm zbuntował się na jedzenie mięsa). Jeśli coś robię nie tak, od razu to widać. Warto o siebie mądrze dbać i szanować swoje ciało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! To super, że Twoje podejście tak bardzo się zmieniło. To, co teraz dla siebie robisz na pewno zaprocentuje w przyszłości. Dobrze jest czasem się zatrzymać i wsłuchać w swoje ciało :)

      Usuń
  4. Świetny wpis, ja akceptuje swoje ciało, staram się ruszać, niestety gorzej ze snem i dietą. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko przyjdzie z czasem. To i tak świetnie, że dbasz o ruch i siebie akceptujesz, super! :)

      Usuń
  5. z moim ciałem to jest tak że staram sie i staram ale nie zawsze udaje mi sie o nie zadbac tak jak bym chciała. wyglad - po dwóch porodach - tez nie przypomina chodakowskiej no ale...mówia ze najwazniejszy jest szacunek ..tego u mnie nie brakuje

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szacunek - bardzo ważny punkt! Nie sztuką jest kochać swoje ciało, gdy ma się wymiary 90-60-90. Sztuką jest akceptować siebie i szanować w każdym momencie życia.

      Usuń
  6. Sama prawda! Kiedy uczysz się akceptacji, codzienność przestaje być taka dobijająca, problemy nie są takie wielkie jak w rzeczywistości - sama mówię sobie w głowie - "hej, przecież nic strasznego sie nie dzieje, nie ma co panikować!". O wiele łatwiej wymienić rzeczy których w sobie nie lubimy, a to wielki błąd! Świetny tekst, pozdrawiam :)
    http://madilena.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W szkołach powinni robić zajęcia, na których dzieciaki uczyłyby się pozytywnego podejścia i miłości do samych siebie. I wymienianie swoich pozytywnych cech powinno być jednym z punktów takiej lekcji :) Dziękuję!

      Usuń
  7. Coraz częściej pracuje nie tylko nad nim, ale i z nim:) Zaczynam od Mel B, a o jodze cały czas myślę, może i na nią przyjdzie czas. Co do nawadniania, zawsze towarzyszy mi woda, a jem coraz lepiej i coraz mniej w mojej diecie słodyczy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To super, brawo! Metoda małych kroczków to dobre rozwiązanie. Jak się człowiek rzuci na głęboką wodę, to łatwo mu potem wrócić do starych nawyków ze zniechęcenia. Mel B - będę mieć do niej sentyment do końca życia chyba :)

      Usuń
  8. Ja przez wiele, wiele lat siebie nie akceptowałam. Dopiero ostatnio trochę zmądrzałam. Zmądrzałam jednak tylko dlatego, że w walce o "idealne" ciało straciłam wiele zdrowia i stanęłam w punkcie wyjścia. Musiałam przewartościować swoje spojrzenie na wiele spraw. Parę tygodni temu wróciłam do jogi, staram się zdrowo odżywiać, zaczynam też medytować. Wiele jeszcze przede mną, ale mam nadzieję, że ja i moje ciało dojdziemy wkrótce do porozumienia i zaakceptuję je w pełni.

    blondynkaczuje.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo mądry tekst! ♥
    Zawsze czułam akceptację do mojego ciała. Owszem, bywało, że gdzieś się mijaliśmy, że nie zawsze nam było po drodze. Jednak im jestem starsza, tym wzrasta moja samoświadomość. Częściej sięgam po naturalne specyfiki, staram się szukać łagodnych rozwiązań i tylko moja słabość do jedzenia mnie czasem gubi. Jednak wciąż staram się pamiętać, że ciało mam jedno i musi mi wystarczyć do końca życia. :)
    Pozdrawiam Cię!
    Ola

    OdpowiedzUsuń

INSTAGRAM FEED

@mowmi_dobrze