Ścieżka pierwsza - ruch


W dzieciństwie jeszcze mi się chciało. Pamiętam szaleńczą jazdę na rowerze i wygłupy na placu zabaw. Długie spacery z rodzicami i dzikie podrygi w czasie rytmiki w przedszkolu. To były dobre czasy. Ruch był dla mnie czymś naturalnym, nie potrafiłam długo usiedzieć w jednym miejscu i nawet wpadnięcie w burzę pokrzyw czy rozwalenie kolana na betonie nie były mi straszne.

W podstawówce też jeszcze mi się chciało. Z racji skoliozy wysłano mnie na zajęcia korekcyjne. Do dziś pamiętam małą szkolną salkę, w której się odbywały. Podwijanie dywaniku palcami u stóp, skręty tułowia, ćwiczenia przy drabinkach. Korekcyjna była raczej przymusem niż przyjemnością i tak naprawdę nic mi nie dawała.
Z wychowania fizycznego pamiętam siedzenie na wysokich skrzyniach przeznaczonych do skakania przez nie, wybijanie na nich rytmu i śpiewanie „Rolnik sam w dolinie” kabaretu Ani Mru Mru. Tak sobie uprzyjemniałyśmy czekanie na lekcje. Co do samych zajęć, gdzieś w mojej głowie pozostało wspomnienie licznych gier w siatkówkę, biegów na stadionie i skakania w dal. Skakanie uwielbiałam. To było coś, w czym czułam się pewnie, bo byłam w tym dobra. Nic tak nie podnosi dzieciakowi samooceny, jak dobrze wykonany skok w dal – szybki wybieg, odpowiedni wyskok… lecisz… i bum! w końcu twoje nogi dotykają piasku. Świetny skok! Jak daleko! Brawo, gratulacje. +20 do pewności siebie.

W gimnazjum chciało mi się znacznie mniej. Wielka hala sportowa z trybunami i małą siłownią owszem, robiła wrażenie. Ale jakoś niespecjalnie zachęcała do ćwiczeń. A może to nauczyciel nie zachęcał? Największy lęk budziły lekcje, na których grałyśmy w kosza. Dwie koleżanki z innej klasy zawsze zmieniały się nie do poznania, gdy uprawiałyśmy tę szaloną dyscyplinę sportową. W ruch szły łokcie, ostre pazury. Na porządku dziennym było ciągnięcie za włosy i wyrywanie piłki. Niczym zwierzątka w klatce.
Naprawdę lubiłam, gdy szłyśmy na siłownię. Ćwiczenia na atlasie, skoki przez skrzynię, przewrotki… Największą frajdę sprawiały mi skoki i wszystko to, co związane z gimnastyką. Moja gibkość z tamtych lat w tym momencie jest tylko miłym wspomnieniem.
Zawsze imponowały mi te wszystkie uzdolnione dziewczyny, które jeździły na zawody. Też chciałam być taka wysportowana i świetnie grać w siatkówkę. Ale moje marzenia z tym związane na zawsze pozostały zamknięte w słowie „chciałabym”. Zachciało mi się też chodzić na karate, ale na zajęciach byłam może dwa razy. Prowadzący nie porwał mojego serca, więc szybko pozwoliłam temu marzeniu zniknąć.

Na początku liceum chciało mi się tak, jak w gimnazjum. Siatkówkę i kosza byłam w stanie jakość znieść i z podekscytowaniem czekałam na lekcje związane z gimnastyką. Stanie na rękach, przewroty, rozciąganie się – kręgosłup nigdy mnie nie bolał i nie sprawiał mi problemów. Miałam kompleksy (jak większość dziewczyn w tym wieku), ale z perspektywy lat mogę powiedzieć, że w latach szkolnych moje ciało miało się najlepiej. Było rozciągnięte, mięśnie nie zamieniały się w deski, miało zapewniony ruch kilka razy w tygodniu.
W drugiej klasie zaczął się basen. Muszę Ci się przyznać do tego, że nigdy nie uczyłam się pływać. Znaczy się, kilka podejść miałam, ale żadne nie zakończyło się sukcesem. Kocham wodę i jednocześnie czuję do niej lekki lęk. Ciągle mam nadzieję, że w końcu się przełamię i nauczę się w niej śmigać.
Lekcje na basenie nie należały do moich ulubionych. Niewielką grupką zajmowaliśmy jeden sektor, tłoczyliśmy się przy ściance i wykonywaliśmy ćwiczenia mające nas oswoić z wodą. Nauczyciel stał na brzegu i wydawał polecenia. Zawsze sobie myślałam, że brakuje mu tylko kijka, którym mógłby nas szturchać.
Basenowy horror nie trwał długo. Zaczęły się moje problemy zdrowotne, więc byłam zwolniona z lekcji wfu. I tak nie ćwiczyłam do końca drugiej klasy. Przez całą klasę maturalną. Na pierwszym roku studiów. Zero ruchu. Moje pospinane ciało nienawidziło mnie za to, że tak je traktuję, a ja nienawidziłam go za to, że jest takie pospinane i przynosi mi ból.

Na drugim roku studiów w końcu coś drgnęło. Internet przyniósł mi odkrycie pod postacią fit dziewczyn na Pintereście, Tumblerze, Instagramie i Youtubie. Zachwycałam się ich bajecznie wyrzeźbionymi ciałami. Ja też chciałam mieć takie piękne mięśnie brzucha i smukłe nogi. Zastanawiałam się, jak długo musiałabym ćwiczyć, by mieć tak kształtną pupę. Chodakowska wyciskała ze mnie całą energię, szybko się zniechęciłam i powróciłam tylko do sfery marzeń.
Nie wiem, skąd pojawiła się w moim życiu. Pewnie znalazłam ją w odmętach Internetu w jakimś wątku poświęconym temu, co zrobić, by szybko unieść swe pośladki i zachwycać nimi latem na publicznym basenie. Mel B. To właśnie ona dopingowała mnie gorącymi okrzykami „Yes U can, Yes U can!”, a ja krzyczałam „Wcale nie, wcale nie!”. Ale mimo tych okrzyków ćwiczyłam dalej, bo przecież chciałam być taka fit. I filmiki Mel towarzyszyły mi bardzo długo. Ba, nawet widziałam efekty! Ale po pewnym czasie doszłam do wniosku, że to jednak nie jest aktywność dla mnie i że muszę znaleźć coś innego. Coś, co pozwoli mi rozciągnąć moje twarde niczym kamienie mięśnie.
W tamtym czasie miałam też krótki romans z bieganiem. Wyobrażałam sobie, jak pędzę po krakowskich chodnikach i parkach. Krew we mnie buzuje, wypełniam płuca wątpliwej jakości powietrzem, ale biegnę! Moje super buty do biegania odbijają się od chodnika, włosy rozwiewa wiatr… W praktyce wyglądało to zupełnie inaczej. Już po chwili czułam kłucie w klatce piersiowej, nieprzyjemne zmęczenie i wiatr schładzający mój wilgotny od potu kark. Trzęsłam się z zimna, byłam zła jak diabli i wracałam do domu. I tak trzy razy. Doszłam do wniosku, że aktywność na świeżym powietrzu nie jest dla mnie. Że potrzebuję spokoju, ciepła, maty pod stopami.


I nastąpił przełom w moim życiu. Pojawiła się joga.

Postawiłam pierwszy krok na ścieżce ku lepszemu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

INSTAGRAM FEED

@mowmi_dobrze