Budzę się na wiosnę


Mów mi dobrze” – poprosiło moje ciało – „i zacznij o mnie dbać”. Bo muszę Ci szczerze wyznać, że ja niespecjalnie tę moją powłokę zewnętrzną lubiłam. I miałam wrażenie, że i ona nie pała do mnie zbytnią sympatią.

Mam szesnaście lat i nie dbam o siebie. Nie zwracam uwagi na to, czym siebie karmię. Na porządku dziennym są słodycze, chipsy, frytki. Czasem trafi się jakiś fastfood. Słowo warzywo praktycznie nie istnieje w moim słowniku. Nie ćwiczę. Z wychowania fizycznego mam zwolnienie, filmiki fit lasek na Youtubie nie przykuwają mojej uwagi.
Mam te nieszczęsne szesnaście lat, których tak bardzo pragnęłam. Że niby będę dojrzalsza, bardziej dorosła i w ogóle taka super. Nie czuję się super wcale a wcale. Mam kompleksy. Wkurza mnie garbek na nosie, za mały biust, a i nogi mam chyba jakieś takie krzywe. Tyłek za tłusty, brak jakiejkolwiek proporcjonalności między dołem a górą. Nadal nie mam 180 cm wzrostu, figury super modelki i długich blond włosów. Czy ja w ogóle wyglądam jak dziewczyna? Wzdycham do zdjęć pięknych, eterycznych nimf w Internecie i pogrążam się powoli w otchłani rozpaczy.

I żyję w takim stanie długi, długi czas.  Dorabiam sobie nowe kompleksy, czasami porzucam stare. Zamieniam się powoli w kompleksoholika. Kolekcjonuję i pielęgnuję moje wady. Moje ciało i psychika cierpią. Nienawidzę siebie i mam wrażenie, że tak już będzie zawsze. Bo przecież nigdy, ale to przenigdy nie stanę się tą wspaniałą dziewczyną, którą chciałabym być, prawda?

Poszłam na studia. Kotlety od mamy, makaron, zapas parówek, gotowe sosy – więcej dań nie pamiętam. Nadal brak ćwiczeń, jakiś taki marazm, ciągłe zmęczenie i większy kompleksoholizm. Ale przecież nic nie trwa wiecznie.

Mam dwadzieścia dwa lata (dobra, jeszcze nie, ale w sumie już niedługo) i w końcu o siebie dbam. Zwracam uwagę na to, czym siebie karmię. Przeszłam na wegetarianizm (opowiem Ci kiedyś o tym) i już nawet marchewka nie jest mi straszna! Na porządku dziennym są zielone koktajle, pełne warzyw obiady i duże ilości wypitej wody. Ćwiczę. Zaczęło się od Mel B na Youtubie, później praktyka jogi (z małymi przerwami robię to do dziś). Od miesiąca śmigam na siłownię.
Mam te dwadzieścia dwa lata, ale jeszcze nie dociera do mnie, że to już (dopiero?) tyle. Prawie nie mam kompleksów. Poznałam ideę body positivity. Myślałam, że będzie prosto i fajnie. Że powiem sobie: „Kocham siebie taką, jaka jestem. Jestem wystarczająca” i będzie po problemie. Całkowita samoakceptacja, miłość do samej siebie, brak kompleksów, szczęśliwe życie. Ale wcale tak się nie stało. Dotarło do mnie, że to nie jest magia. Że wszystko to, co mnie niszczy od środka nie zniknie jak za pomocą różdżki. Że samoakceptacja i pielęgnacja siebie to proces. Proces, który składa się ze wzlotów i upadków. I muszę pamiętać, że z każdego upadku można się podnieść.


„Mów mi dobrze” – prosi czasem Twoje ciało. Czy go posłuchasz? 

1 komentarz:

  1. Staram się słuchać, choć nie zawsze to wychodzi, ale jestem tylko człowiekiem i nie zamierzam się za to potępiać :)

    OdpowiedzUsuń

INSTAGRAM FEED

@mowmi_dobrze